Wycieczka krajoznawcza do Giebułtowa, Zielonek, Garlicy Murowanej

Słońce pali coraz mocniej i mocniej. Zdawałoby się, że to nie ostatni dzień wrześniowej pogody, ale początek skwarnego lata. Idziemy szlakiem na Giebułtów, Ojców … Wąska ścieżka mknie między polami, wdziera się między Zielonki i Tonie, coraz to milka, zapadając w płytkie wąwozy, aby znów ukazać się na grzbiecie pagórka jeszcze węższą prawie niedostrzegalną. Ale teraz idzie prosto, trochę dołem, jak jakaś szczerba ziemna, jak koleina olbrzymiego wozu. Jest już prawie upał, Dochodzimy do Giebułtowa. Z daleka lśni sygnaturka i drewniana, kopułka dzwonnicy nowymi gontami. Kościół zasłania zielona obręcz drzew. Dzwonnica błyszczy jak jasny zrąb kamienia spośród porastającego go mchu.

GiebułtowW kościele kończą się nieszpory, musimy czekać. Siadamy na trawie nad stawem — pierwszy postój od Krakowa. Pewno za chwilę będzie można wejść do kościoła, trzeba będzie oprowadzić, iść szosą do Zielonek i Garlicy Murowanej. Jestem trochę niespokojny, pierwszy raz prowadzę wycieczkę krajoznawczą. — Z kościoła dochodzi szmer modlących się. W stawie coś pluska, jest jakoś sennie, cicho. Może lepiej nie iść już nigdzie więcej, tylko zostać tutaj. Z kościoła wlecze-się różnobarwny wąż kobiet wiejskich w barwnych chustach, gospodarzy i dzieci. Wstajemy i idziemy do kościoła. Pusto. Tylko w kącie modli się jakaś stara gospodyni. Objaśniam. Gdzieś przepadły wszystkie niepokoje i wątpliwości. Krótka historia kościoła, jego zabytki. Odkryto tu teraz średniowieczne freski. Gdzie nie gdzie z pod tynku widać ślady malowideł. Z pewnością i one wnet ujrzą światło dzienne po trwającym kilkaset lat zapomnieniu. Oglądamy dzwonnicę, samotnie wisi jeden dzwon — dwa pozostałe wzięli Niemcy. Giebułtów pozostaje za nami, żegnając nas ostatnim błyskiem gotyckiej absydy. Idziemy polami do szosy, szosą do Zielonek. Słońce zniża się, przyspieszamy kroku. Dziwnie prędko wystrzelają przed nami wapienne skały przed Zielonkami, wśród których kryje się jaskinia Naramki. Znać na niej ślady męki ludzkiej, pobliski wapiennik wnet pochłonie i przemieni w nawierzchnię dróg piętrzące się nad nią skały. Ale dziś jeszcze na urągowisko czasu jaskinia istnieje. Ciemna i ponura śpiewa szumem kropel monotonnie spadających ze sklepienia. Jest już godz. 17, a mamy jeszcze obejrzeć dwór i lamus w Garlicy Murowanej.

2Idziemy teraz wzdłuż strumyka, przepływającego w pobliżu groty, wspinamy się na jego nierówne brzegi, coraz to skracając sobie drogę i przechodząc go po kamykach. Wreszcie z daleka widać czerwone dachy dworca z renesansowego lamusu. Postój. — Prędko szkicuję lamus w rysowniku. Za półtora godziny musimy być w Krakowie. I znów mijamy Zielonki, z żalem patrząc na kościół, którego nie mamy czau zwiedzić. Wiejskie chaty przeradzają się w kamienice. Kraków. Ostatni uścisk dłoni, ostatnie »Bywaj«. Wracamy do nauki. Po wycieczce pozostają tylko mgliste kontury kościółka wśród drzew.

 

 

 

Jan Samek III. P. G. i L. im. Kr. J. Sobieskiego w Krakowie.