1949/2. Jurajskim szlakiem „Orlich Gniazd”

Orli lot 1949, nr 8, s. 124-126, ry s. 1-2.
Tak to było dawno. Ciemny ledwie nieco rozjaśniony wątłym blaskiem elektrycznej lampki pokój. To była jeszcze zima. Za oknami bielił się śnieg, a ulicami biegły tumany zadymki. Była zima.Przed nami na stole w jasnym krążku światła wiła się czarna linia jurajskiego szlaku. Szlaku „Orlich Gniazd”. Nad mapą w mroku czerniły się sylwetki mych kolegów i naszej opiekunki. Jurajski szlak, szlak zamków, szlak usiany grzbietami skał i mrowiem grot. Biała zadymka wiła się za oknami, skręcała w tuman i zawo­dzeniem jak olbrzymia postrzępiona chusta zawijała się wokół obrosłych śniegiem drzew. Spoczęły na mnie oczy kolegów, pięć par oczów pełnych życia, oczy kolegów, szóste smutne naszej opiekunki.Pójdziemy na szlak! Pójdziemy na ruiny zamków do grot, do skał!  Ze wzroku kolegów niknie wesołość. Wzrok ich staje się twardy, nieustępliwy. A za oknami tężał mróz.
Przeszła zima. Rozmigotała się tysiącem kwiatów i słonecznych uścisków wiosna.
Kwiaty rosły, promienie stawały się coraz gorętsze i bardziej pełne słońca. Siedzieliśmy w bibliotece Muzeum Przemysłowego, z przewodników, opisów czy sprawozdań historyków sztuki przelewały się do naszych zeszytów wiadomości o zamkach, kościołach i grotach. Układały się słowa, dzieje świetności i chwały jurajskiej warowni.
Płynęły ze sławnych książek okupione godzinami pracy. Słońce pełzając przez szyby okienne biblioteki wciska się między karty. Pokażcie! Ja wam ozłocę za to obozowe dni!
Zniknął za nami Kraków, zginęły gdzieś w dali szczyty kościelnej wieży, poszliśmy na zamkowy szlak. Poszliśmy, choć ostatnie przed obozem dni ciemniały deszczem, choć na całym szlaku jest tylko jedno schronisko. Teraz szły inne dni. Słońce dotrzymy­wało przyrzeczenia wyszeptanego wśród książek bi­blioteki. Złociło dni, stroiło ruiny w czerwień zachodów, wyiskrzało przed nami pro­mień drogi hen w dal. Przed nami rosły zwaliska zam­ków, dźwigała się w górę Smolenia warowni turma, ponad drzewa pięły się w błękit.
Przeszliśmy Ojców, ruiny Rabsztyna, zamek w Smoleniu i Pilicy. Zza pajęczyny deszczu witał nas potężny rozpięty murami wśród baszt, wyrosły ze skały Ogrodzieniec. Szły dnie zbyt krótkie, zbyt wcześnie czerniejące w mrok nocy. Dnie wypełnione ry­sowaniem i opisywaniem kościołów i zamków, bada­niem grot szemrzących me­lodią kropel, owiane dymem obozowego ogniska. Wieczorami przy ognisku w czerni u stóp zamku kończyliśmy opisy. Godziny biegły szybko. Blask kładł się na nasze twarze, szła już noc a trzeba było pisać jeszcze kronikę. Nad nami w górze ciemniały zamków zwaliska, ponure pośród drzew listowia. W pogodne noce przez szpary stodoły widać było gwiazdy. Wtedy było zawsze tak cicho, od wsi szedł tylko szum i szczekanie psów. Były i dni pochmurne. Pełne wizgotu, wichru i deszczu. Wtedy zamki i kościoły mętniały za tumanami kropel a kartki przy rysowaniu mięły się od wody. Szosą wił się wiatr mżąc deszczem i zimnem. Ale potem znów błyskało przed nami słońce. Przeszły trzy tygodnie obozu, ostatni nadszedł wieczór. Doszliśmy do Częstochowy. Tam, jak wtedy, jak w ów zimowy wieczór siedzieliśmy razem. Za oknem w czarnych puchach nocy zieleniło się na szczycie jasnogórskiej wieży światełko.
Jutr o wracamy do Krakowa. Siedzieliśmy blisko okna, razem jak wtedy pół roku temu, tylko, że teraz nasz wzrok biegł tam na szlak. Tam daleko wije się szlak usiany ruinami zamków. Tam w dali bieleje Pustyni Błędowskiej piasek i sosen skręconych zielone igły. Wzrok biegnie w dal, siedem par oczów jest pełnych radości – doszliśmy.

Sprawozdania pęcznieją zawsze cyframi, rosną szeregiem nazwisk, może dziwne, że w tym nie ma ani cyfr ani nazwisk, ale po co one, może za to po przeczytaniu tego, pójdziecie kiedy jurajskim szlakiem zobaczycie zamki na zrębach skal, stare kościoły wśród drzew.

Jan Samek
III Państwowe Gimnazjum i Liceum im. Króla Jana III Sobieskiego w Krakowie.
Obecnie: (II Liceum Ogólnokształcące im. Króla Jana III Sobieskiego w Krakowie).

 

Tagi , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.